oleska.ownlog.com

Dziś na sercu powiesiłam powody-do-smutku.
Na siłę. Pod prąd.
Z ciemnotą w głowie i pod powiekami...
Trzy!
Czte!
Ry!
No cóż zaczynamy od początku.
Wszystko, co miało być alfą nowego, stało się błędem, który należałoby naprawić w przyszłości.
Wzbijałam się, sapiąc i z trudem trzepocząc ciemnymi skrzydłami. Nabierałam sił, poprzez każdy ruch zbliżający mnie do niej. Z szyderczym uśmiechem obserwowałam sytuacje. Szyderstwo zmieszane z lękiem powodowało dreszcze wspinające się po plecach.
Chciałam przybyć pod osłoną nocy, usiąść na dachu i z niepokojem czekać rana. Zostać chciałam ostatnim podmuchem, kolejnym dotykiem i następnym zdarzeniem.
Ale to dużo...
Głośny, głuchy huk oświadczył mi, że właśnie uderzyłam o ziemię. A okolicę owładnęło przekleństwo wydzierające się z mojego gardła...
Potwory ujawniły ludzką twarz:
- Pan Gosiewski - otwarty i zaskoczony,
- Pan Dorn - gra online, pisze bloga, i uwaga, popija piwko (!)
Nie mogę się doczekać kiedy były premier Kaczyński pokaże ludzką twarz. Przeraża mnie myśl i sposób w jaki ewentualnie mógłby to uczynić...
Nieśmiało wychyliłam głowę spod kołdry, z uwagą wsłuchałam się w bicie serca i słabnący oddech. Dotknęłam rozgrzanych policzków, a nozdrzami wciągnęłam resztki ciepłego, gęstego i wilgotnego powietrza.
Tak - przekonałam się, to stało się naprawdę.
Za jakiś czas sprawdzę ponownie...
Permanentną sraczkę powodują niby-obcy-sobie ludzie koczujący w pokoju obok. Ich krtanie rytmicznie miotają mijające się nawzajem słowa. Bezsensowne, bezcelowe, raniące. Wokół nich rozrzedzone powietrze gasi resztki spokoju. Przełykam z całych sił, nie łzy, lecz złość. Zegar w mojej głowie leniwie odlicza godzinę, w której eksploduje.
Stonowana harmonia rodzinna, a w jej centrum złośliwość i chamstwo.
Niby idealna dramaturgia, co?
Idealna, ale gówniana...
Dam dowód, że żyje:
- kichnę nie zamykając oczu,
- oddychać będę wstrzymując dech,
- ze spokojem denerwować się będę,
- będę stać na krawędzi, nie chcąc spaść w dół,
- zahamuje w połowie,
- dodam gazu na samym końcu,
- z miłości usnąć będę mogła swobodnie,
- znajdę Anioła w piekle,
- odnajdę Diabła na Ziemi.
Tam skąd pochodzę kręte drogi są błogosławieństwem, a koleiny urozmaiceniem. Tam są niekończące się przestrzenie, wypełnione niezliczonymi galaktykami koloru tęczy. Tam wszyscy jeżdżą identycznymi, czerwonymi Cadillacami. Nie liczą przebytych kilometrów ani nie robią corocznych kontroli.
Jednak i na mnie przyszedł czas.
W 1986 roku zostałam deportowana do innego świata. Tu konformizm i zasady moralne biorą górę. Tu dopasowanie do reszty i bycie „stright edge” jest pożądane. Tu snują mity o sobie i pytają, jaka jestem.
Tu można kłamstwo zasłonić uśmiechem, kradzież wytłumaczyć chorobą, głupotę – ideologią, a rozwiązłość – poszukiwaniem miłości.
Tu bycie sobą tłumaczą lenistwem, brakiem zainteresowania, odmoralnieniem.
Ja w tym czasie leniwie wspominam, to, co było przed. A z powodu braku poszanowania zasad moralnych: planuję to, co będzie po.